Encyklopedia OffGolfa

Odpowiedz na wszystkie pytania: “Ale o co tu chodzi???”

OFFGOLF

Ludzie często pytają, czym jest ten cały „offgolf” i czy na tym pięknym świecie nie ma innych, lepszych sposobów na spędzanie wolnego czasu. Cóż, moim zdaniem nie ma, a osoby podzielające tą opinię, zapraszam do przeczytania poniższej „Subiekywnej Encyklopedii Offgolfa w Pigułce”.

Początki.

Offgolf – ta dość niecodzienna dyscyplina prawdopodobnie wywodzi się z Niemiec. Nie będę spekulował kto i jak dokładnie rozpoczął przygodę z offgolfem, gdyż moda ta zaczęła się szybko rozprzestrzeniać. Ja przyjmuję, że pierwszą ekipą zapaleńców, która zaczęła grać w golfa poza polem, byli Natural Born Golfers. Nikola Krasemann i Torsten Schilling założyli tą grupę w 1992 roku w Niemczech. Dziś mają swoje filie także w Warszawie, Paryżu, Szanghaju, San Francisco i Miami.

Jeśli chodzi o polską scenę offgolfa, nie chciałbym zgadywać kto i kiedy rozpoczął. Napiszę tylko, że z początkiem XXI wieku znacznie ona urosła. Według mnie początkowo opierała się na dwóch teamach – stołeczni Offgolfersi oraz trójmiejscy Moshgolfers. Brak mi niestety danych co do południa Polski, zwłaszcza Śląska, ale trzeba wiedzieć, że również tam offgolf jest głęboko zakorzeniony, z uwagi na dobre warunki terenowe i przemysłowy charakter tamtych stron (hałdy, stare hale fabryczne itp.).

O co tu chodzi?

Jest to bardzo częste pytanie. Generalnie chodzi o miłe spędzanie czasu z grupą znajomych na świeżym powietrzu. W tym przypadku miłe = bezpieczne. Czyli dwa słowa o BHP. Jest to właściwie jedyna „sztywna” reguła w offgolfie. Grać tak, żeby nikt nie znajdował się w polu rażenia piłeczki, ponieważ jest to istny pocisk mogący osiągać prędkości rzędu 160 km/h. Również musimy uważać, by nikogo nie zahaczyć kijaszkiem przy swingu, bo finał także może być nieciekawy. Nadmienię też, że umyślne niszczenie czyjegoś mienia może obfitować w przykre konsekwencje. No ale dość już straszenia. Przejdźmy do gry. Po pierwsze, musimy wybrać odpowiednie miejsce. Po drugie – odpowiedni kij.

Miejsca.

W zależności od tego gdzie gramy, możemy wprowadzić pewny podział offgolfa na „odłamy”:

Cross golf – gra odbywa się na otwartych przestrzeniach, jakaś łączka czy duża polana jest jak znalazł. Jest to wersja najbardziej zbliżona do tradycyjnego golfa. Ustalamy sobie start (tee), dołeczek kopiemy w dowolnej odległości i ot cała filozofia.

Turbo golf – odmiana dla ludzi o mocnych nerwach. Pole zastępują nam tu opuszczone hale, fabryki magazyny itp. Im bardziej industrialne miejsce – tym lepiej. Trzeba na siebie, oraz innych graczy, jednak bardzo uważać. Piłeczka odbita od betonowej ściany wraca z I prędkością kosmiczną i naprawdę może wyrządzić sporo krzywdy. Warto pomyśleć o kaskach budowlanych. I przede wszystkim trzeba patrzeć pod nogi i dookoła siebie, bo pełno wokół różnych pułapek. W tej odmianie mamy chyba największą różnorodność celów. Można trafiać do konkretnego okna, celować w stary transformator czy niedziałającą latarnie. Albo po prostu wspiąć się na dach i urządzić sobie driving range. W turbo golfie sprzęt dostaje najbardziej popalić.

Urban golf – golf na terenach miejskich. Parki, place, tereny zielone. Należy zachować szczególną ostrożność ze względu na licznie występujących przypadkowych przechodniów i samochody. Nie chcemy przecież nikogo uszkodzić. Można tu używać piłek do tenisa lecz ,według mnie, lepiej po prostu grać normalnymi piłeczkami, ale z głową. Delikatnie i w miarę możliwości precyzyjnie. Istnieje tu jednak obawa, że zostaniemy uznani za chuliganów i wandali, co może skończyć się uszczupleniem naszej kieszeni przez straż miejską.

Forest golf – coś pomiędzy cross golfem a turbo golfem. Niby pod gołym niebem, ale piłeczka lubi się odbić i zaatakować graczy. Więc ponownie musimy uważać. Jest to jednak bardzo przyjemna wariacja golfa, zawierająca w sobie wiele elementów losowych, często przesądzających o wyniku rozgrywki.

Beach golf – jedna z moich ulubionych odmian. Nie jest łatwo – w końcu plaża to jeden wielki bunkier, ale na pewno bardzo sympatycznie. Słoneczko, golfik, szum fal i napoje chłodzące – czego chcieć więcej? Żeby jednak nie zepsuć tej sielanki, uważajmy, by jakaś zabłąkana piłeczka nie zepsuła urlopu jakimś plażowiczom.

Moja subiektywna klasyfikacja na tym się kończy, lecz można by jeszcze długo wymieniać ewolucje offgolfa w zależności od miejsca i potrzeb.

Kije.

Przejdźmy teraz do narzędzia pracy, czyli do kija.

Kije możemy podzielić na woody, irony, hybrydy i puttery.

Woody.

Kije służące do posyłania piłeczki na największe dystanse. Występują w nr 1, 2, 3, 5, 7. Przynajmniej ja się z takimi spotkałem. Numer na kijaszku mówi nam o kącie nachylenia główki i długości shaftu, co przekłada się bezpośrednio na długość i wysokość lotu piłki. Wood nr 1 – driver – potrafi posłać piłkę na ponad 200 m. Im wyższy nr kija, tym mniejszy ma on zasięg. Przy użyciu kija typu Wood, dobrze postawić piłeczkę na drewnianym kołeczku – tee – co na pewno ułatwi nam prawidłowe uderzenie. Są to najtrudniejsze kije do opanowania.

Irony.

Kijki do gry zawsze i wszędzie. Standardowo występują w numeracji od 3 do 9, lecz spotykane są także nr 1 i 2. Dodatkowo warto się wyposażyć w kij SW, S(Sand Wedge) i PW, P (Pitching Wedge), gdyż piłka nimi uderzona nie leci może daleko, 50- 75 m, ale potrafią ładnym lobem posłać ją w okolice dołka. Neutralnym kijem, najlepszym do nauki, jest nr 9. Strzela na ok. 100 metrów i nie wymaga większych kombinacji przy uderzaniu. W praktyce każdy musi znaleźć „swój” kij, którym najlepiej mu się gra. Ja na przykład nie mogę obejść się bez piątki.

Hybrydy.

Zmyślne połączenie Woodów i ironów. Z obydwu rodzajów kijów biorą to co najlepsze. Z Wooda zasięg, z irona łatwość uderzania.

Puttery.

Kije o kształcie młoteczka służące do umieszczania piłeczki w dołku. Stosujemy je już w ostatniej fazie gry, gdy od dołka dzieli nas odległość kilku, kilkunastu metrów. Nie zalecane do gry na duże odległości, ale w końcu to offgolf, więc dla chcącego – nic trudnego.

A skąd wziąć kije? Nie polecam sklepów golfowych, ponieważ ich ceny potrafią mocno podnieść ciśnienie. Odpowiedzią jest Internet – można tam upolować kijka w niezłym stanie za ok. 20 zł.

Piłki.

Dobrze, skoro mamy już wybrane miejsce i kijaszek, to brakuje nam już tylko piłeczki. Najogólniej można wyróżnić piłki „na pole” czyli turniejowe i piłki range’owe. Tych pierwszych szkoda do offgolfa, gdyż nie są one tanie a ,prędzej czy później, na pewno się pogubią. Skupmy się więc na piłkach range’owych. Najlepiej kupować przez Internet, wtedy 100 piłeczek powinno zamknąć się w kwocie 50-100 zł i starczą one na dość długo.

Rozgrywka.

Jesteśmy już gotowi do gry. A każda gra powinna mieć zwycięzcę. W przypadku offgolfa wygrywa ten, kto przy najmniejszej liczbie uderzeń umieści piłeczkę w dołku czy w innym ustalonym miejscu. Gra zawsze osoba, która ma najdalej do dołka. Pozostali gracze stoją za nią, by nie stać się przypadkiem żywym celem. Gdy piłeczka wyląduje w miejscu trudno dostępnym, można ją odsunąć na tyle, by można było wykonać wygodnie uderzenie. Jeśli definitywnie zgubimy piłeczkę, bierzemy następną dodając sobie 1 punkt do wyniku. Uderzamy w takim przypadku z miejsca z którego graliśmy wcześniej lub z miejsca gdzie zgubiliśmy piłkę. Wszystko do ustalenia na miejscu.

I na tym kończy się cała filozofia Offgolfa, sportu, który za nieduże pieniądze daje naprawdę dużo radości. Albo szarpie nerwy w przypadku gorszego dnia. Na pewno jednak zapewnia dużą porcję ruchu na świeżym powietrzu i zdrowy ból rąk.

Na koniec pragnę dodać jeszcze, że powyższy tekst jest moją wizją offgolfa i wszelkie sprzeciwy co do niej zostaną rozpatrzone negatywnie.